0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Skonfederowane Stany Ameryki z reguły budzą ciepłe odczucia na polskiej prawicy. Bo potomkowie Kawalerów, bo rycerscy, bo przegrani, bo trochę rasistowscy (to ostatnie nieprawda, ale i tak kojarzy się niektórym miło).

Nawet w kulturze popularnej Johnny Reb wypada przeważnie atrakcyjniej niż Billy Yank, nie tylko dlatego, że wygląda jak Clark Gable i Patrick Swayze, ale także, a może przede wszystkim dlatego, że klęska pod Gettysburgiem i kapitulacja w Appomattox jakby rozgrzeszała Południowców z tego, co stało się z Ameryką później, z jej ewolucji do roli światowego żandarma i najezdnika oraz nosiciela wulgarności, prymitywizmu, systemu okradania ludzi, wojen i pornografii.

Zupełnie, jakby CSA poległy podczas szarży Picketta.

Oczywiście, jest też narracja przeciwna, stanowiąca mieszankę naiwności „Chaty wuja Toma” ze współczesnym multikulti i politpoprawną nienawiścią do tradycji i prawdy historycznej.

Tendencja druga ma oczywiście przewagę, co widzieliśmy w ostatnich tygodniach podczas egzekucji pomników konfederatów, do wtóru licznych prowokacji i eskalowania utrwalonych już metod zarządzania społeczeństwem amerykańskim: czyli polaryzacji i antagonizacji. Dla Polaków to zdarzenia pouczające nie tyle ze względu na sympatię lub jej brak do generała Lee, ale dlatego, że podobnie kształtuje się również atmosferę polityczną w naszym kraju.

To oczywiste, że podzielonym społeczeństwem rządzi się łatwiej. A jeśli podziały są tak głębokie, że właściwie społeczeństwa już nie ma – wówczas stratyfikacja pionowa układu wydaje się bliska zakończenia. Motłoch ma swoje niewyszukane rozrywki, w rodzaju rozwalania pomników – a władza może na prolach spokojnie zarabiać dalej.

Oczywiście ważne też bywa czyje właściwie monumenty się likwiduje i w jakim celu – czy dla upodlenia tradycji i odcięcia własnych poddanych od pamięci historycznej i afirmowanych wcześniej wartości, czy na przykład po to, żeby uniemożliwić racjonalizację polityki zagranicznej?

Z oboma przypadkami mamy właśnie do czynienia w Stanach Zjednoczonych – i w ich nadwiślańskiej kolonii.

Szkodliwość i użyteczność Konfederacji

Sama wojna secesyjna ma w tym przypadku znaczenie dalszorzędne, podobnie jak i historyczna rola Południa i szereg innych kwestii, interesujących dla fanów, z pewnością jednak dla ogółu umacnianego w przekonaniu, że historii (zwłaszcza prawdziwej) znać po prostu nie warto.

Dla porządku więc tylko można zauważyć, że kiedy wybuchała amerykańska wojna domowa – imperium światowym nie były wówczas USA, ale Zjednoczone Królestwo, a powstanie CSA miało umacniać jego pozycję. Dalej – oczywiście nie mieliśmy do czynienia ze starciem „zniesienie niewolnictwa”, tylko rywalizacją konkurencyjnych modeli społeczno-ekonomicznych, z których zwłaszcza jeden, północny, był ekspansywny i potrzebował do rozwoju całego potencjału kraju, nie tylko więc nie mógł zgodzić się na jego odpływ przez secesję, ale i musiał uzupełnić rzeszą wykorzenionych i pozbawionych paternalistycznej, a zazdrosnej opieki wyzwoleńców.

Na innym polu była to też przede wszystkim wojna o prawa stanów – i przeciw nim. I w tym sensie, czyniąc federację amerykańską fikcją (oraz dając zwycięstwo określonemu modelowi kapitalizmu) – otworzyła drogę do dalszego rozwoju imperializmu amerykańskiego.

Sama secesja, a następnie powstanie i trwanie Konfederacji (wymuszone zagrożeniem wojennym, bowiem na Południu cały czas silne były tendencje do całkowitej separacji i zachowania odrębności państwowej poszczególnych stanów) było w dużej mierze następstwem trwającej od siedmiu dekad rywalizacji amerykańsko-brytyjskiej.

Jeszcze bez ambicji światowych, Waszyngton był już wówczas na drodze do organizowania swojego otoczenia geopolitycznego wg zasad klasycznych, a więc jako alternatywnego Kontynentu, a więc w sporze z imperium oceanicznym. Amerykanie psuli brytyjskie plany zaprowadzenia swoich porządków w Ameryce Łacińskiej (czego Meksyk jest najbardziej znanym przykładem) – padli więc ofiarą sabotażu według wzorców przetestowanych przez Brytyjczyków skutecznie na… Polakach.

Nie tylko symbolicznie, ale i realnie losy CSA i postania styczniowego zostały ze sobą splecione w staraniach Richmondu i Rządu Tymczasowego o uznanie za stronę wojującą przez Londyn i uległy mu wówczas całkowicie napoleoński Paryż. To zresztą również w pewnym stopniu tłumaczy sympatię wielu polskich patriotów do konfederatów – jakby wyczuwali wspólnotę w ulegnięciu prowokacji!

Jednocześnie jednak CSA, chociaż historycznie służyła interesom ówczesnych „globalistów”, brytyjskich imperialistów i City – to przetrwanie Konfederacji miałoby swoją wartość. Być może Stany podzielone nie weszłyby na własną drogę do oceanicznej hegemonii. Bez wątpienia też wolnościowo-konserwatywny system społeczno-ekonomiczny i polityczny CSA bliższy był temu, co uznaje się za wartościowy republikanizm.

Tak czasem bywa, że zło u zarania – tworzy jednak pewne dobro. I odwrotnie – czego dowodzi nie co innego, niż historia Stanów Zjednoczonych, które powstając, a następnie choćby w wojnie roku 1812 zadało cenne i dotkliwe ciosy Imperium Brytyjskiego – by ostatecznie jednak po kilkunastu dekadach stać się jego jeszcze potworniejszą hybrydą.

I przeciwnie – Konfederacja, kiedyś bezwolnie i bezwiednie wspierając budowę wczesnej wersji Nowego Ładu Światowego – dziś jest symbolem opozycji przeciw niemu, emblematem Ameryki, która chce być normalnym państwem, skupionym na rozwiązywaniu swoich problemów wewnętrznych i poszukiwaniu własnej tożsamości. Dlatego też wcale niekoniecznie kibicując Lee i Longstreetowi pod Gettysburgiem – dziś trzeba wspierać ich pozostanie na pomnikach.

Charakterystyczne jednak, że obalaniu jednych pomników w metropolii – towarzyszy jak zwykle naśladowcza akcja w polskiej kolonii.

Pozory mówią, że antypomnikowa akcja PiS to coś zupełnie przeciwnego do rozszalałych tolerusów kopiących figury Matek Konfederacji. A jednak… Nie w podsuwanych ludziom hasłach bowiem sztuka – tylko w samym stymulowaniu emocji i osiąganiu celów. Te zaś sprowadzają do ostatecznego ustalenia, że historią i pamięcią historyczną można manipulować dowolnie i całkowicie bezkarnie. Że można dorzucić dowolną interpretację, z czcigodnych kombatantów zrobić zbrodniarzy, a z bohaterów – zdrajców. Co jest prawdą – dekretują panowie świadomości.

A dowcip polega na tym, że wolność umysłów tracimy m.in. pod hasłami „walki z niewolnictwem” oraz „oporu przeciw [wiadomo jakiemu] zniewoleniu”…

Konrad Rękas

http://prawica.net

Print Friendly