0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Nie bądź słodki – bo cię zliżą. To porzekadło warto zadedykować panu prezydentowi Dudzie, który po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią, podjął suwerenną decyzję o postawieniu rządowi ultimatum w sprawie podpisania ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym – niczym generał Jaruzelski w 1981 roku.

Co mu Nasza Złota Pani powiedziała, czym postraszyła, co obiecała – tego nie wiemy, bo ani ona, ani pan prezydent Duda, nawet się na ten temat nie zająknie.

Rzecznik niemieckiego rządu potwierdził tylko fakt tej rozmowy, jak i to, że jej przedmiotem był również stan praworządności w naszym nieszczęśliwym kraju – ale odmówił podania szczegółów, nie chcąc ujawniać treści „poufnych rozmów”.

Odmowa podpisania ustawy o KRS i Sądzie Najwyższym w środowisku folksdojczów wywołała radość, której nawet nie starali się ukryć, a panią prezes Małgorzatę Gersdorf skłoniła nawet do przeprosin za wypowiedź gdzie można żyć za 10 tys. złotych.

Wymowni Francuzi powiadają, że l’appetit vient en mangeant, co się wykłada, że apetyt wzrasta w miarę jedzenia, więc nic dziwnego, że i sędziowie próbują jakoś dorobić sobie do chudych pensyjek, bo rzeczywiście – w żadnej ustawie nie zapisano, że tylko pani prezes może z sędziowskiej pensyjki uciułać sobie miliony.

Na żadne dalsze ustępstwa jednak chyba nie poszła, bo i po co, kiedy veto pana prezydenta zostało odebrane nie tylko przez „kastę”, ale i przez – jak się okazało – niezwykle liczne środowisko folksdojczów, jako dowód chwiejności pana prezydenta.

Wprawdzie w orędziu do narodu pan prezydent usiłował zaprezentować się jako stanowczy mąż stanu, ale „daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia”. Pan prezydent bowiem surowo napiętnował przedstawicieli opozycji, że nawołując do rozruchów przekroczyli cienką czerwoną linię oddzielającą to, co dozwolone, od tego, co przestępcze – ale co z tego, kiedy na tym pogrożeniu paluszkiem się skończy? Toteż nic dziwnego, że tymczasowo pełniący obowiązki lidera ekspozytury Stronnictwa Pruskiego Wielce Czcigodny Grzegorz Schetyna zapowiedział folksdojczom, że nie ma wakacji, urlopy zostały odwołane i obowiązuje stan gotowości bojowej.

Ale jakże ma być inaczej, kiedy owczarek niemiecki nazwiskiem Frans Timmermans właśnie wystosował pod adresem polskiego rządu ultimatum, że jeśli w ciągu miesiąca nie przeforsuje ustaw, które on, znaczy – Timmermans – uzna za prawidłowe, to zacznie boleśnie kąsać nasz nieszczęśliwy kraj sankcjami.

Na początek mają podobno pójść dopłaty do wsi i rolnictwa, co pogrąży w nieutulonym żalu Polskie Stronnictwo Ludowe, po staremu stojące na nieubłaganym stanowisku, że najcięższa jest dola chłopa.

W obliczu utraty alimentów mogą zbuntować się nie tylko chłopi, ale jeszcze bardziej – beneficjenci rozmaitych „subwencji”, „dotacji” i „grantów”, od których przez ostatnie 27 lat uzależnili się, niczym narkoman od heroiny. Ano cóż; nie trzeba było popierać Anschlussu – bo dzisiejsze pogróżki niemieckiego owczarka Timmermansa są wypisz-wymaluj podobne do muzycznej sztuczki, opisanej w „Biesach” Teodora Dostojewskiego, kiedy to „Marsylianka” w świętym oburzeniu śpiewa jeszcze: „Pas un pouce de nos terres, pas une pierre de nos forteresses (ani piędzi naszych ziem, ni kamienia z naszych twierdz). Ale zmuszona jest śpiewać w jeden takt z „Mein lieber”.

Dźwięki jej w jakiś głupawy sposób przechodzą w „Augustyna”, chwieją się, gasną. Teraz tylko od czasu do czasu słychać znowu; qu’un sang impure (aż krew nieczysta), ale w tejże chwili zrywa się to i przechodzi w trywialny walc; wreszcie „Marsylianka” upokorzona jest zupełnie, to Jules Favre szlochający na piersi Bismarcka i oddający wszystko, wszystko, ale teraz sierdzi się już „Augustyn”; słychać głos zachrypnięty; czujemy mnóstwo wypitego piwa, szaleństwo samochwalstwa, żądania miliardów subtelnych cygar, szampana i zakładników. „Augustyn” zmienia się w ryk. Francusko-pruska wojna jest skończona.”

To oczywiście dopiero przed nami. Ryk „Augustyna” usłyszymy nawet nie wtedy, gdy w następstwie kombinacji operacyjnej, która ponownie się rozpoczęła, dojdzie do zmiany rządu w Polsce na taki, który wycofa nasze państwo z projektu Trójmorza – tylko dopiero wtedy, gdy Nasza Złota Pani na stanowisku prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju osadzi swego faworyta Donalda Tuska. On już dopilnuje, by Polska nigdy nie ulegała żadnym takim „mrzonkom”, tylko posłusznie wypełniała zobowiązania wynikające z Volkslisty, którą w następstwie zgodnego jej stręczenia zarówno przez przedstawicieli obozu zdrady i zaprzaństwa, jak i obozu płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm podpisała.

Niemcy bowiem potraktowały poważnie zapowiedź prezydenta Trumpa, że będzie „wspierał” projekt Trójmorza”, który grozi nie tylko podważeniem niemieckiej hegemonii w Europie, ale również zablokowaniem budowy IV Rzeszy. Toteż Niemcy stopniowo puszczają w ruch wszystkie swoje narzędzia, by doprowadzić do przesilenia rządowego w Polsce i w ten sposób zablokować projekt Trójmorza, który bez Polski nie ma racji bytu.

Miesięczny termin, wyznaczony przez niemieckiego owczarka Fransa Timmermansa jest również instrukcją dla folksdojczów, na kiedy mają osiągnąć pełną gotowość bojową. Praworządność jest tu tylko pretekstem; gdyby prezes Kaczyński nie zdecydował się pójść na frontalną konfrontację w sprawie obsadzania stanowisk sędziowskich, to znalazłby się jakiś inny, niczym w bajce Ezopa, kiedy to wilki zarzuciły owcom, że mącą im wodę w rzece.

Prezydent Duda, akurat w tym momencie demonstrujący swoją „niezależność”, bo dostał „8 milionów głosów”, wkracza na szlak przetarty przez Kazimierza Marcinkiewicza. Jego akurat Nemezis dziejowa już ukarała dozgonnym towarzystwem „Izabel”, podczas gdy przed panem prezydentem perspektywy dopiero się otworzą. Słychać, że kompletuje on zespół ekspertów, którzy mu podpowiedzą, jak napisać ustawy o KRS i Sądzie Najwyższym, żeby było dobrze, to znaczy – żeby spodobały się sędziom i nadzorującym ich starym kiejkutom, a przede wszystkim – niemieckiemu owczarkowi.

Dlatego do grona ekspertów powinien zostać zaproszony Aleksander Smolar – który dopilnuje, by organizacja tubylczego sądownictwa odpowiadała oczekiwaniom starego żydowskiego finansowego grandziarza Jerzego Sorosa, no i oczywiście – pana generała Marka Dukaczewskiego.

Gdyby termin ultimatum był dwa razy dłuższy, to można by poprzestać na pani prezes Małgorzacie Gersdorf, ale kiedy jest taki krótki, to periculum in mora, a w tej sytuacji nie ma co tracić czasu na konsultacje, jakie pani prezes i tak przecież musi przeprowadzić z panem generałem, by zabezpieczyć wpływ starych kiejkutów na niezawisłe sądownictwo, więc nie ma co bawić się w jakieś pozory.

Stanisław Michalkiewicz

http://michalkiewicz.pl

Print Friendly